Serie filmowe: najbardziej lubimy to, co już znamy?

Kto z nas nie kocha filmów o Bondzie? Nie brak zapewne także fanów przygód Hana Solo, Luke'a Skywalkera, Marty'ego McFly czy chociażby kapitana Jacka Sparrowa. Wszyscy lubimy te postaci i chcielibyśmy jak najczęściej wracać do ich świata. Z tego założenia wychodzą również hollywoodzkie studia (choć im akurat chodzi przede wszystkim o pieniądze, ale te dwie kwestie właściwe wynikają z siebie nawzajem). Dzięki temu ikoniczne postaci popkultury towarzyszą nam niekiedy całe nasze życie, a nie brak i takich, które ciągle bawią kolejne pokolenia widzów. W czym tkwi tajemnica ich sukcesu wyjaśnia Przemysław Dobrzyński.
O historii słów kilka

Serializacja ulubionych przez masy historii to zjawisko znane od zarania dziejów, od kiedy ludzie po raz pierwszy zaczęli snuć przy ognisku opowieści o przygodach dzielnych bohaterów. Widownia, gdy spodoba jej się jakaś przypowieść, zawsze chce więcej. A że nie da się w nieskończoność opowiadać cały czas tego samego, to z czasem pojawia się konieczność wymyślenia dalszego ciągu. I tu przechodzimy do zjawiska znanego dziś jako sequele. Ale myli się ten, kto twierdzi, że jest to wynalazek współczesnej popkultury, który wymyślili George Lucas i Steven Spielberg pod koniec lat 70. byleby tylko zarobić jak najwięcej pieniędzy. Oj nie.

Zjawisko sequeli, choć kiedyś nazywane inaczej, funkcjonuje od bardzo dawna. I zaczęło się nie w kinie tylko w literaturze. W końcu czym jest „Odyseja" Homera jeśli nie sequelem „Iliady"? Wraz z wynalezieniem druku, coraz bardziej powszechne stawało się „rozciąganie" opowiadanych historii na dłuższe serie, które powoli, acz konsekwentnie prowadziły do punktu kulminacyjnego. Początkowo miało to miejsce w  XVII-wiecznych romansach czy nowelach. Ich autorzy z czasem „wyuczyli się" tak konstruować opowiadania by budzić w czytelnikach głód dalszego ciągu, co z kolei pozwoliłoby na stworzenie masowego zapotrzebowania na kontynuację. W XVIII i XIX wieku triumfy święciły powieści odcinkowe, a w pierwszej połowie XX wieku „ewoluowały" one do formy komiksów. Potem przyszły słuchowiska radiowe, a następnie seriale kinowe, będące bezpośrednimi prekursorami seriali telewizyjnych.

W kinie sequele nie pojawiły się od razu, ale i tak pierwsze przykłady filmowych serii miały miejsce dość wcześnie, bo już w latach 20. i 30. XX wieku. Z początku były to najczęściej serie przygodowe dla dzieci i młodzieży takie jak np. „Dick Tracy", „Kapitan Blood", „Jeździec znikąd" (którego nowa wersja pojawi się w kinach w tegoroczne wakacje z Johnny Deppem w jednej z głównych ról), albo różnego rodzaju filmy o przygodach Zorro czy Tarzana. W latach 40. zaczęły dochodzić do tego także niskobudżetowe fabuły oraz seriale o komiksowych superbohaterach, takie jak „Cień", „Kapitan Ameryka", „Brenda Starr", „Przygody Kapitana Marvela" oraz „Batman". Również B-klasowe horrory dość szybko doczekiwały się swoich kontynuacji. Do najpopularniejszych należały oczywiście te znane nam do dziś klasyki czyli „Frankenstein" czy „Drakula" (oba z 1931 roku) albo chociażby „Mumia" z 1932 roku, bądź „Niewidzialny człowiek" z 1933.





Numeracja sequeli to stosunkowo „świeży" pomysł. Właściwie, do połowy lat 70. XX wieku, każda kontynuacja miała tytuł odmienny od oryginału, choć oczywiście musiała zawierać w sobie jego część. Nie było to na ogół problematyczne, gdyż w większości tytuły owych filmów stanowiły po prostu pseudonim bądź imię głównego bohatera. I tu już można było sobie trochę pokombinować. Tym tropem zrodziły się takie tytuły jak: „Powrót Niewidzialnego Człowieka", „Narzeczona Frankensteina", „Maska Zorro" czy „Dick Tracy kontra Crime Inc.", a później, w latach 50. czy 60. np. „Zemsta Różowej Pantery".

Z tego motywu korzysta zresztą do dziś chociażby Steven Spielberg przy okazji kręcenia filmów o Indianie Jonesie, które same w sobie są swoistym hołdem reżysera dla przygodowych seriali filmowych z lat 30. i 40. Są też serie, choć nieliczne, których tytuły kolejnych części nie dość, że nie mają numeracji, to jeszcze za każdym razem są inne i mogłyby na dobrą sprawę należeć do dowolnego filmu. Najlepszym tego przykładem są produkcje o agencie 007, a wśród nich takie tytuły jak: „Pozdrowienia z Rosji", „Diamenty są wieczne" czy „Goldeneye".

W kinie mainstreamowym numerki pojawiły się w okolicach roku 1974. I wcale nie użyto ich ani w produkcji kina klasy B, ani w typowym rozrywkowym przeboju. Z formuły tej skorzystano przy okazji jednego z najwybitniejszych filmów w historii kina, a był nim „Ojciec Chrzestny II". A niedługo potem doszedł jeszcze m.in. „Francuski Łącznik 2". Blockbustery dołączyły się trochę później, na czele ze „Szczękami 2" z 1978, „Supermanem II" z 1980 czy chociażby „Halloween II" z 1981.
 

Ciąg dalszy nastąpi(ł)

Zjawisko sequeli, wbrew temu co pewnie wielu z Was myśli, nie pojawiło się w mainstreamowym kinie wraz z „Gwiezdnymi Wojnami" czy „Szczękami". Zarówno wielkie amerykańskie wytwórnie, jak i europejscy autorzy, już w latach 60. mieli na koncie przebojowe serie, które ciągnęły się przez więcej niż jedną kontynuację. Lucas i Spielberg właściwie jedynie zrobili z tego modę, a także trend na tworzenie trylogii. Natomiast już w 1968 roku 20 Century Fox dorobiło się przeboju w postaci kultowej „Planety Małp", która doczekała się aż czterech kontynuacji w kinie i uważana jest za pierwszą hollywoodzką serię filmową z prawdziwego zdarzenia.

Jeśli chodzi o Europę to ciekawym przykładem jest chociażby „dolarowa trylogia" westernów Sergio Leone rozpoczęta od filmu „Za garść dolarów" z Clintem Eastwoodem w 1964. Nie sposób także nie wspomnieć o jednej z najpopularniejszych, najbardziej kasowych i najdłuższych serii w historii kina, czyli o przygodach agenta 007 Jamesa Bonda. Zadebiutował on w filmie „Dr No" w 1962 roku i od tamtej pory, przez ponad 50 (!!!) lat nadal radzi sobie świetnie, do tego stopnia, że najnowsza, dwudziesta trzecia część, zatytułowana „Skyfall", zarobiła na całym świecie ponad miliard dolarów i stała się jednym z najbardziej kasowych filmów wszech czasów!
 

W przypadku serii trwających tak długo, rozciągających się w czasie na kilka dekad, prędzej czy później nadchodzi konieczność wymiany obsady. Na ogół źle widziane są zbyt częste zmiany, przede wszystkim aktora odtwarzającego głównego bohatera, ale nie tylko, niektórych fanów potrafią wzburzyć także i „zastępstwa" na drugim planie (o ile dana postać była wyrazista). Nietrudno to zrozumieć. Tego typu wymiany powodują bowiem zakłócanie pewnej ciągłości. Gdy mamy do czynienia z serią co najmniej kilku filmów, to przyzwyczajamy się do tego, że dana postać ma taką a nie inną twarz i fizjonomię.
 

Przykład Bondów jest chyba najlepszy. Przez minione pół wieku wcielało się w niego sześciu różnych aktorów. I choć właściwie każdy z nich ma swoich fanów, to jednak dla większości najlepszym pozostanie Sean Connery. Tym niemniej, ostatnio wielką furorę robi Daniel Craig, choć z początku wybór akurat jego (także pod względem tzw. warunków fizycznych) wywoływał kontrowersje. Spora liczba aktorów wcielała się także chociażby w Batmana. W pierwszej poważnej adaptacji filmowej autorstwa Tima Burtona zagrał go Michael Keaton. Być może niewielu z Was zdaje sobie z tego sprawę, ale wybór akurat Keatona do roli Bruce'a Wayne'a wywołał naprawdę sporo zamieszania za Oceanem na kilka miesięcy przed premierą „Batmana". Pojawiały się nawet artykuły w poważnych gazetach, które obawiały się, że Hollywood wyrzuca pieniądze na „niepoważnego" aktora znanego z komedii do roli Mrocznego Rycerza. Także fani komiksów byli zaniepokojeni, gdyż angaż Keatona pozwalał przypuszczać, że po raz kolejny powstanie campowa produkcja w stylu tandetnego serialu z lat 60. Oczywiście Keaton poradził sobie świetnie i do dziś ma licznych fanów, ale trzeba przyznać, że mimo wszystko nie za bardzo „zgadza" się on wizualnie z Bruce'em Wayne'em znanym z kart komiksów. Choć to i tak nic w porównaniu z George'em Clooneyem i jego gumowymi sutkami.
 



(R)ewolucje

Serie ciągnące się latami siłą rzeczy ulegają też mniejszym bądź większym zmianom, ewolucjom, a czasem nawet rewolucjom. Kino cały czas się zmienia jako sztuka, emocjonalnie, formalnie, a to prowadzi do zmiany stylów, chociażby w przypadku zdjęć, kadrowania, montażu, tym bardziej gdy pojawiają się nowe technologie, standardy obrazu czy efekty komputerowe. No i zmienia się też świat wokół nas, nasza obyczajowość, problemy z jakimi stykamy się globalnie, w ramach danego pokolenia czy też jako cała cywilizacja. Tak więc serie, które rozpoczęły się kilkadziesiąt lat temu, w innym „klimacie społecznym" przechodzą poważne transformacje, zarówno w warstwie technicznej jak i fabularnej.

Jednym z najbardziej ewidentnych przykładów jeżeli chodzi o formę są chociażby „Gwiezdne Wojny". Na przełomie lat 70. i 80. efekty komputerowe, na których bazuje seria Lucasa, dopiero się rodziły, więc trzeba było sobie radzić za pomocą mechaniki, złudzeń optycznych i gumowych kostiumów. Ze względu na finanse, nie można było sobie pozwolić na feerię efektów, co „zmusiło" twórców na położenie większego nacisku na przygody głównych bohaterów. W „nowej" trylogii tych problemów już nie było, przez co Lucas mógł do woli epatować widza kolorowym cyrkiem CGI. Zapewne gdyby „klasyczna" trylogia powstała dziś, to wyglądałaby tak jak „Mroczne widmo", a Chewbacca powstałby w całości na komputerze.
 

Zmiany w obrębie danej serii spowodowane są też zmianami w ekipie, zarówno jeśli chodzi o scenarzystów jak i reżyserów. I tu już kierunek w jakim podąży dana marka zależy od tego kto zasiądzie na stołku reżyserskim i kto znajdzie się w ekipie. O tym jak wielkie piętno na danym filmie zostawia reżyser chyba najbardziej pokazuje seria filmów o Batmanie. Tim Burton, bazując na pierwszych komiksach o Człowieku Nietoperzu z lat 40., stworzył na dobrą sprawę po prostu kolejny „swój" film, czyli mroczną gotycką baśń, tyle, że tym razem ze znanym z komiksów superbohaterem w roli głównej.
 

Joel Schumacher wyraźnie bardziej spoglądał w stronę campu, tandetnego serialu z lat 60., jak i komiksów z tego samego okresu, które bardziej przypominały głupiutką kreskówkę dla dzieci niż mroczną opowieść o detektywie w trochę dziwnym kostiumie. Christopher Nolan za to wrócił do źródła i korzystał także z o wiele bardziej poważnych i naturalistycznych zeszytów komiksowych z lat 80. autorstwa Franka Millera, tworząc ponury thriller psychologiczny, podany zupełnie na serio. Te trzy podejścia do Batmana nie są do końca ze sobą powiązane, to znaczy, nie stanowią one wobec siebie bezpośrednich kontynuacji. „Batman: Początek" Nolana to niejako restart serii przygód Człowieka Nietoperza.

Czasami jednak saga łącząca się w jedną spójną całość potrafi ewoluować i zmieniać się w dość nieoczekiwany sposób, „skręcając" w czasem dość ciekawe rejony. Seria filmów o Harrym Potterze rozpoczęła się jak przygodowy film familijny dla dzieci, a skończyła jako mroczny, niemalże szekspirowski dramat. „Szybcy i wściekli" to w pierwszej odsłonie dość tani sensacyjniak klasy B z tuningowanymi samochodami, skrojony dokładnie pod „lansiarską" widownię, ale już  piąta część to pełnoprawne kino akcji z trochę wyższej półki. Głupie i absurdalne, ale szalenie widowiskowe i rozrywkowe. Co też znacznie rozszerzyło docelową widownię (czego dowodem są kasowe osiągi „Szybkich w Wściekłych 5", który zarobił ponad 600 milionów dolarów na całym świecie – najlepszy wynik w historii serii). Oczywiście, tego typu zmiany to zawsze jakieś ryzyko i nie zawsze mogą przynieść pozytywne efekty, ale jeśli tylko zostanie to sprawnie poprowadzone, umiejętnie i z finezją, to czasem seria, która rozpoczęła się jako coś niezbyt dobrego może przepoczwarzyć się w coś przynajmniej fajnego. Albo i na odwrót.
 

Mistrzostwem świata marketingu okazał się za to pomysł Marvela na stworzenie „kinowego uniwersum", analogicznego do tego znanego z komiksów. To zupełnie nowa jakość. Jak wszyscy pamiętamy, zaczęło się od sukcesu pierwszego „Iron Mana", który „otworzył drzwi" dla kolejnych projektów studia („Niesamowitego Hulka", „Thora" i „Kapitana Ameryki"), które stanowiły odrębną całość, ale jednocześnie wszystkie prowadziły ku kulminacji w postaci filmu „Avengers", w którym wszyscy bohaterowie spotykają się razem, i który niejako spaja poszczególne wątki (te ważne albo mniej) ze wszystkich filmów. I każdy z nich stał się mniejszym bądź większym przebojem w kinach. Tym sposobem zarówno „Thor" jak i „Kapitan Ameryka" to właściwie preludium, tzw. spin-offy, a na dobrą sprawę to prequele, „Avengers", które tylko narobiły ludziom smaku i wzbudziły ogromne oczekiwania na główny spektakl. I nie dość, że każdy z tych prequeli zarobił wielkie pieniądze, to jeszcze sprawił, że „Avengers" stali się kasowym fenomenem 2012 roku!

Najlepsze jest to, że wszystkie te filmy można oglądać jako serię, ale też i pojedynczo i widz właściwie nic nie straci. W maju zobaczymy pierwszą część tzw. drugiej fazy filmowego uniwersum Marvela, którą rozpocznie „Iron Man 3", kontynuowany następnie w listopadzie przez „Thora: Mroczny świat", a potem w kwietniu przyszłego roku przez „Kapitana Amerykę: Winter Solider", które po raz kolejny doprowadzą nas do sequela „Avengers". Robi się z tego dość skomplikowana konstrukcja, a gdy twórcy pokuszą się jeszcze o dodatkowe spin-offy (jak to ma miejsce w komiksach) to już w ogóle będzie ciężko się w tym zorientować. 

Na ogół serie filmowe stanowią względem siebie kontynuacje wydarzeń przedstawionych w części pierwszej, czyli prawie zawsze opowiadają dalszy ciąg historii, to co dzieje się jakiś czas potem. Bywa, że akcja rozgrywa się tuż po poprzednim filmie i stanowi właściwie jedną całość (tak jak to było chociażby w przypadku dwóch ostatnich części Matrixa), a bywa i tak, że wydarzenia w sequelu mają miejsce miesiące, lata albo nawet i dekady później. Są też i takie przypadki, w których akcja dzieje się wcześniej, wtedy mówimy już o prequelach.

Twórcy filmowi czasem dość zręcznie bawią się z materią czasu. Chyba najbardziej „udziwnioną" pod tym względem serią są „Gwiezdne Wojny". Już bardziej pokręconej chronologii nie da się wymyślić. Jak wiadomo, klasyczna trylogia z czasem okazała się być jedynie środkową częścią większej historii i po latach Lucas postanowił do niej wrócić by opowiedzieć o wydarzeniach mających miejsce ponad 20 lat przed „Nową Nadzieją". A zaledwie parę miesięcy temu dowiedzieliśmy się, że w okolicach roku 2015 powstanie nowa trylogia, prawdopodobnie mająca miejsce jakieś 20-30 lat po „Powrocie Jedi". „Ojciec chrzestny 2" to po części sequel, ale też od pewnego momentu także i prequel części pierwszej. Natomiast bardzo ciekawy eksperyment z materią czasu i z samą formułą kontynuacji, zafundował widzom J.J. Abrams w „Star Treku" z 2009 roku. Dzięki sprytnemu i genialnemu w swojej prostocie pomysłowi z podróżami w czasie, film ten stanowi prequel, sequel i restart serii w jednym! Jak ktoś ma głowę na karku to okazuje się, że nadal można zrobić coś ciekawego, nawet gdy wydawać by się mogło, że wszystko zostało już powiedziane.
 
[Przemysław Dobrzyński]