Stephen Daldry: "Śmieć" to film przygodowy (wywiad)

"To miejsce, które fascynuje, w którym chce się zostać na dłużej. […] W Rocinhie, największej faweli w południowej Ameryce, czułem się bezpieczniej niż na ulicach Rio de Janeiro", mówi w rozmowie ze Stopklatką Stephen Daldry, którego najnowszy film "Śmieć" walczy o Złotą Żabę na 22. MFF Camerimage w Bydgoszczy.  
Małgorzata Steciak: „Śmieć" to kolejna adaptacja w pana karierze, wcześniej nakręcił pan filmy m.in. na podstawie „Godzin" Michaela Cunninghama i „Lektora" Bernarda Schlinka. Powieść to dla pana ciekawszy punkt wyjścia niż scenariusz oryginalny?
 
Stephen Daldry: Historie tworzą się w rozmaity sposób. To zbieg okoliczności, że akurat w mojej karierze tak często podstawą scenariusza były powieści. Dla mnie nie ma znaczenia, czy pracuję nad adaptacją, czy nad tekstem napisanym przez scenarzystę. Przygotowywanie ekranizacji nigdy nie polega przecież na wiernym przełożeniu treści książki na język kina. Tekst stanowi wyłącznie punkt wyjścia do stworzenia nowej historii, opowiedzianej za pomocą zupełnie innych środków wyrazu. Taki zabieg sprawia, że często diametralnie zmienia się wydźwięk powieści.
 
A co przyciągnęło pana do historii opowiedzianej w powieści „Śmieć" Andy'ego Mulligana?
 
Od dawna chciałem nakręcić film przygodowy. Tekst Mulligana ma w sobie mnóstwo młodzieńczej energii i w trakcie lektury dotarło do mnie, że to jest to, tego szukałem. Zacząłem więc zastanawiać się, jak powinienem opowiedzieć tę historię, by zachować styl powieści, jak znaleźć odpowiednie słowa, miejsce, bohaterów. W pierwszej kolejności pojechałem do Brazylii, gdzie zacząłem pracować z młodymi ludźmi i z miejsca zakochałem się w tym kraju. Zdecydowałem, że to właśnie tu powinniśmy nakręcić ten film.
 
Bohaterowie powieści Mulligana żyją w fikcyjnym państwie Trzeciego Świata w niedalekiej przyszłości. Dlaczego zdecydowaliście się kręcić akurat w Brazylii?
 
Autor powieści pracował jako nauczyciel w Brazylii, Wietnamie i na Filipinach – od któregoś z tych miejsc musieliśmy zacząć. Zdecydowałem się pojechać najpierw do Brazylii ze względu na doświadczenia Fernando Meirellesa, który od lat pracuje z nieprofesjonalnymi aktorami, a w Brazylii nakręcił słynne „Miasto Boga". Bardzo chciałem też pojechać na Filipiny, bo jestem bardzo ciekaw tamtejszego rynku filmowego, ale, no cóż, Brazylia była pierwsza [śmiech].

Kadr z filmu "Śmieć"
Pojawiają się głosy, że osadzenie akcji „Śmiecia" w Brazylii, która zmaga się z problemem korupcji wśród policji, nadaje filmowi wydźwięk polityczny.
 
Wszystkie filmy są do pewnego stopnia polityczne. Problem korupcji w Brazylii jest szeroko znany, powstało wiele książek i filmów na ten temat. Czy „Śmieć" wnosi coś nowego do tej dyskusji? Nie. Korupcja jest ważnym elementem fabuły i mój film pokazuje, jak cierpią przez nią zwłaszcza dzieci, ale „Śmieć" to przede wszystkim opowieść o przyjaźni, lojalności i poczuciu sprawiedliwości.
 
Jak kształtuje się poczucie sprawiedliwości u dziecka wychowywanego w skorumpowanym i brutalnym świecie brazylijskich faweli?
 
Korupcja ma ogromny wpływ na życie tych dzieci. One są wściekłe na policję. Wiele z nich straciło rodziców, nierzadko ktoś został zastrzelony na ich oczach. Proszę mi wybaczyć generalizowanie, ale w Brazylii panuje przekonanie, że społeczeństwo jest w pewien sposób skażone przez fawele; że mieszkający tam ludzie są pozbawieni kręgosłupa moralnego. Z mojego doświadczenia wynika, że to nieprawda – młodzi ludzie dorastający w dzielnicach biedoty mają doskonale rozwinięte poczucie sprawiedliwości, moralności, są patriotami.
 
W „Śmieciu" główne role grają naturszczycy. Jak początkujący aktorzy trafili do tego filmu?
 
Przygotowując się do realizacji „Śmiecia" spędziłem mnóstwo czasu z mieszkańcami faweli. Rozmawialiśmy z dziećmi, organizowaliśmy warsztaty, bawiliśmy się. Uważnie obserwowaliśmy, które z nich mają predyspozycje do występów przed kamerą. Właściwie niczym nie różniło się to od  pracy z naturszczykami w jakimkolwiek innym kraju. To długi proces, wymagający czasu i cierpliwości.



Kadr z filmu "Śmieć"

Duża część akcji filmu rozgrywa się na wysypisku śmieci. Kręciliście w plenerach czy ogromne wysypisko to fragment scenografii?
 
Wysypisko śmieci to jedyny fragment scenografii, który został wybudowany na potrzeby filmu. Nie moglibyśmy pracować przez wiele tygodni w naturalnych warunkach z powodów bezpieczeństwa. Mieliśmy na planie wiele komplikacji, ale chyba największym problemem była bariera językowa. Na szczęście trafiła nam się fantastyczna brazylijska ekipa, doskonale dostosowująca się do najtrudniejszych sytuacji, bardzo cierpliwa. Brazylijczycy są zresztą ogólnie bardzo otwarci – mieszkańcy faweli byli zafascynowani naszym filmem i chcieli nam pomóc. To działało w obie strony, ponieważ nasza obecność wiązała się dla nich z korzyściami finansowymi.
 
Scenariusz „Śmiecia" opiera się w dużym stopniu na improwizacji. Jak wyglądała praca na planie?
 
Wszystkie dialogi są improwizowane. Dzieci nie znały scenariusza, między innymi dlatego, że wiele z nich ma problemy z czytaniem. Przed włączeniem kamery podrzucaliśmy im sugestie, czego ma dotyczyć konkretna scena i później dostosowywaliśmy się do tego, jak młodzi aktorzy się zachowywali. Wszystko planowaliśmy z dnia na dzień, musieliśmy dać się porwać akcji. Sceny, w których chłopcy przejęzyczają się, używając np. sformułowania „liar" [ang. kłamca – przyp. red], mając na myśli „lawyer" [ang. prawnik – przyp. Red], są wynikiem improwizacji na planie.
 
Wygląda na to, że chłopcy mają bardzo ironiczne poczucie humoru.
 
O, tak [śmiech]. Zresztą, co ciekawe, „Śmieć" jest w Brazylii reklamowany jako komedia.
 
A przecież to w gruncie rzeczy bardzo mroczny film. W jednej ze scen główny bohater, nastoletni chłopiec grany przez Ricksona Teveza, zostaje brutalnie pobity przez policję. Jak młodzi aktorzy radzili sobie z tak mocnym materiałem?
 
Do tych scen przygotowało ich życie [milczy]. Myślę, że chłopcy doskonale zdają sobie sprawę, do czego są zdolni policjanci.

Kadr z filmu "Śmieć"

Tym bardziej odgrywanie przed kamerą sytuacji tak znajomej i niebezpiecznej musiało być dla chłopca dużym przeżyciem.
 
Nie [śmiech]. Nie wydaje mi się. Rickson traktował  to jak zabawę.
 
Jakie są dalsze losy grających w filmie chłopców? Wykorzystali zarobione na planie pieniądze, by wyrwać się z faweli?
 
Dlaczego mieliby chcieć to robić? Mam nadzieję, że chłopcy wykorzystają te pieniądze jak najlepiej. Znaczną ich część będą mogli wydać dopiero po ukończeniu 21. roku życia, mają więc sporo czasu, żeby zastanowić się, na co je przeznaczyć.
 
Moją pierwszą reakcją po obejrzeniu „Śmiecia" była nadzieja, że być może dla wywodzących się z dzielnic biedoty chłopców udział w hollywoodzkim filmie to szansa na zdobycie wykształcenia, ułożenia sobie życia na nowo w lepszych warunkach.
 
Uważam, że nie mamy prawa tak myśleć. Nasze burżuazyjne wyobrażenia o życiu w fawelach nie mają wiele wspólnego z rzeczywistością. Dlaczego zakładamy, że nasz świat – oferujący dostęp do nauki, opieki medycznej, ale jednocześnie naznaczony narastającym poczuciem izolacji  – jest lepszy od tego, w którym największą wartością jest wspólnota i radość życia? Moglibyśmy się od tych społeczności wiele nauczyć o poczuciu przynależności, bliskości. Myślę, że gdyby miała pani okazję spędzić trochę czasu w fawelach, miałaby pani podobne odczucia. To miejsce, które fascynuje, w którym chce się zostać na dłużej. Proszę nie zrozumieć mnie źle: oczywiście, że fawele zmagają się  problemami przestępczości, narkotyków, korupcji, ale muszę przyznać, że w Rocinhie, największej faweli w południowej Ameryce, czułem się tam bezpieczniej niż na ulicach Rio de Janeiro.


 
[Rozmawiała Małgorzata Steciak]