Stresujące starcie z widzem i krytyką. Z Robertem Wichrowskim rozmawiamy o "Francuskim numerze"

Robert Wichrowski jest absolwentem politologii na Uniwersytecie Gdańskim, a także adeptem mistrzowskiego kursu reżyserii Andrzeja Wajdy. Ukończył ponadto wydział realizatorski w łódzkiej Szkole Filmowej. Dziś zajmuje się realizacją reklam i teledysków. Ma na swoim koncie także filmy dokumentalne, poświęcone polskim sportowcom i alpinistom. Rozmawialiśmy z autorem z okazji premiery "Francuskiego numeru", jego debiutu fabularnego.


Artur Cichmiński: Długo nosił się Pan z pomysłem na film?

Robert Wichrowski: Na film tak. Na ten konkretnie, krócej. Trochę to zbieg dobrych okoliczności sprawił, że dostałem od ITI tekst autorstwa Mariusza Pujszo, który mogłem dalej na swój sposób opracowywać. Myślałem nawet, że to ryzykowne startować od tego gatunku - komedii, który bywa traktowany z pewnym takim uprzedzeniem. Z drugiej strony kino takie poddawane jest surowej ocenie widzów. Doszedłem do wniosku, że jest to dobry moment. Przecież właśnie o widzów tutaj chodzi. Być może taki właśnie film, mający w sobie walory kina komercyjnego, dotrze do publiczności i sprawi, że nie będzie to widownia 100, 200 czy 500 widzów tylko więcej.

Robert Więckiewicz był zaskoczony, że człowiek, który mówi o boksie w telewizji TVN, chce robić kino. Skąd taka wolta?

To jest kwestia czy się chce coś robić czy nie. Kształciłem się w filmowym kierunku, żeby móc potem tworzyć filmy. Po drodze robiłem przede wszystkim teledyski i reklamy. Przy okazji moich obowiązków związanych z zakupem praw sportowych dla Telewizji Polskiej, potem do TVNu, robiłem także dokumenty o tematyce sportowej, bądź okołosportowej, jak na chociażby "W cieniu K2". Cały czas jednak dojrzewała we mnie ta myśl o zrobieniu fabuły. Gdzieś tam z tyłu głowy wiedziałem, że trzeba ją zrobić, czyli zrealizować to co dla mnie jest ważne i istotne. Oczywiście w codziennym życiu jest wiele równie ważnych rzeczy. Zawodowo, pracując w ITI zajmuję się kwestiami związanymi z filmem. Nie zrezygnowałem bynajmniej ze swoich sportowych pasji. Bardzo lubię boks zawodowy, również piłkę nożną. Lubię chodzić i oglądać te widowiska. Na szczęście nie musiałem niczego stawiać na szali. To znaczy, że jak będę robił film, to całe swoje życie będę zmuszony jakoś przestawić. Aczkolwiek jestem do tego zdolny, ale musi się na to złożyć wiele współczynników. Po pierwsze czy widzowie będą chcieli oglądać te filmy? Bo to, że ja chcę je robić, to ja wiem. Muszę mieć też świadomość, że coś z tego wynika. Zdaję sobie sprawę, że poddałem się teraz trudnemu, stresującemu starciu z widzem i z krytyką. Trzeba było jednak wyzwanie te podjąć, to już był ten czas najwyższy. Naturalnie mam także poczucie ułomności tej pierwszej realizacji.

Trudny był to debiut?

Nie. To znaczy nie sprawił mi kłopotów czysto realizacyjnych. Nie musiałem stawać przed problemem, że coś jest tak trudnego i niemożliwego, że nie można tego wykonać. Przyzwyczajony jestem do pracy na planie teledysku i reklamy, gdzie trzeba wszystko robić bardzo szybko, konkretnie i dokładnie. Dlatego to mnie nie przeraziło. Natomiast jest to rzeczywiście poważna próba, która może procentować również tym, że następnym razem pójdzie jeszcze lepiej. Mam świadomość tego, że człowiek musi się całe życie rozwijać. Jakby Pan mnie zapytał: "Czy jest Pan zadowolony?" Odpowiedziałbym: "Tak, ogólnie jestem. Strasznie się cieszę że, zrobiłem film i jeszcze z takimi aktorami". Z drugiej strony wiem też, że parę rzeczy zrobiłbym inaczej, że coś bym zmienił. Koledzy z filmowej branży mówią mi, że trzeba zauważać swoje błędy i dobrze, że to widzę, czuję i nie zamierzam się zatrzymywać. Chcę to robić, chce robić lepiej i dojść do takiego momentu, w którym będę mógł powiedzieć: O to jest bliskie tego, bardzo dobrego! Wiem, że to jest długa i ryzykowna drogą, którą teraz rozpocząłem, ale cieszę się bardzo, że to zrobiłem.

Jak udało się Panu skompletować taką barwną obsadę? Łatwo było pozyskać do współpracy Jana Frycza, Macieja Stuhra czy Roberta Więckiewicza?

I nie i tak. Każde nasze spotkanie kończyło się "przyklepaniem" projektu, na zasadzie: ok. róbmy to! Sam miałem bardzo klarowną opinię na pewne tematy. Wiedziałem, że musi być Maciek Stuhr. Wiedziałem, że musi być Jan Frycz, Robert Więckiewicz. Zdawałem sobie sprawę, że w niektórych sytuacjach będę też musiał szukać na castingu, dlatego robiłem zdjęcia próbne. Ten film powstał w bardzo szybkim tempie, w ciągu 22 dni. Dziennie robiliśmy bardzo dużo ustawień. Walczyliśmy wspólnie z Markiem Rajcą, operatorem, z padającą nam ekspozycją. Z tym, że robiło się ciemno. Ale trwaliśmy. Po pierwsze stała za nami jednak wielka machina jaką jest ITI. Po drugie, wiedzieliśmy, że dzięki promocji film otrzyma silne wsparcie w dotarciu do widza. Po trzecie nie było, co czekać. Nawet sugerowano nam, żeby zrobić go dopiero na wiosnę. My jednak się uparliśmy. Mówiłem sobie: Ten materiał jest gorący, świeży. Wiem, że ucieka nam pora roku, ale musimy go zrobić teraz, na tej właśnie fali dobrej energii. Oczywiście ta niecierpliwość wynikała przede wszystkim z tego, że ja bardzo chciałem ten film w końcu zrobić. Byli już aktorzy, terminy - zróbmy to, bo zwariuję - myślałem.

Bohaterowie Pana filmu mają duże problemy z wyruszeniem we właściwą podróż ...

Tak, to prawda. Umyślnie to przedłużamy, żeby ich tam sponiewierać. Żeby pokazać dobitnie te wszystkie cechy szowinizmu, ksenofobii. Żeby to się działo długo i stawało się męczące. Aby doprowadzić w końcu do momentu, w którym widzowi zrobi się zwyczajnie żal tych bohaterów. Założenie było takie, by ich ścisnąć, zmęczyć tą atmosferą, żeby tymi zachowaniami trochę zirytować.

Ten film mógłby być prekursorem nowego gatunku, któremu można by nadać nazwę "miejskiego kina drogi" ...

Chciałem pokazać miasto takie jakie jest, czyli bardzo różne. Gdzieś tam te bijące reklamy, neony, z drugiej strony zapyziałe podwórka. Ale i one są ukazane w słonecznej, ładnej aurze. Stąd jest to ujęcie, które może się wydać jedynie wypełniaczem, ale dla mnie ma ono swoje znaczenie, ciągłego przejeżdżania przez Rondo Dmowskiego. Zależało mi na tym, żeby podczas już trzeciego przejazdu widz zobaczył, że ci bohaterowie kręcą się w kółko i ciągle są w tym samym miejscu, w centralnym punkcie Warszawy i jakoś nie mogą nigdzie wyjechać.

W początkowych sekwencjach widzimy Paryż, który bardzo płynnie, niezauważenie przenika się z Warszawą. Jakby miasta te nie wiele od siebie się różniły?

Tak bym chciał i mam nadzieję, że tych różnic naprawdę za chwilę nie będzie. Warszawa jest pięknym miastem. Nie należę do tych, którzy wciąż powtarzają, że jest inaczej. Powinniśmy być dumni z tego, że mamy taką, a nie inną stolicę. Jest wiele pięknych, wspaniałych miejsc, jak Starówka czy parki. Chciałbym żebyśmy rzeczywiście byli w tej Europie, żebyśmy przenikali tak leciutko z Warszawy do Paryża, z Paryża do Rzymu, z Rzymu do Berlina, z Berlina do Londynu. Żeby tak to wyglądało, że rzeczywiście tu jesteśmy.

Myśli Pan już o nowym filmie, czy raczej potrzebuje odpocząć po tym?

Znów musze przewrotnie odpowiedzieć i tak i nie. Czuje się trochę zmęczony, ale chyba bardziej jest to wynik stresu. Zależy mi na tym, żeby film został sympatycznie odebrany. Mam już jednak kolejny projekt i to nie tylko w głowie, ale zapisany również na papierze. Następny pomysł może rozczaruje, a może nie, ale to znów będzie komedia. Komedia obyczajowa we współczesnej Polsce. Troszeczkę inaczej opowiadana - to już nie będzie film drogi. Będzie więcej w nim miłości, ale też od razu zaznaczam, że nie będzie to komedia romantyczna. Raczej opowieść o tym, jak próbujemy się w życiu odnaleźć i często nam to nie wychodzi. Chciałbym to oczywiście zrealizować i właściwie od razu po premierze "Francuskiego numeru" rozpoczynam nad tym projektem już takie bardziej szczegółowe prace. Na razie nad tekstem. Tytułu jeszcze nie ma, poza roboczym. W każdym razie będzie to opowieść pokazana z perspektywy młodej osoby, maturzystki. Obserwującej świat dorosłych. Świat swego ojca, mamy i ich kochanków.

Dziękuję za rozmowę
Artur Cichmiński