"Sugar Man" i najbardziej odjechane dokumenty świata

Sugar Man
Ile to już razy wychodziliście z kina z myślą: "Fajne, ale scenarzystę poniosła fantazja". Tymczasem, życie potrafi zawieść twórców o wiele dalej niż najdziksza i najbardziej nieokiełznana wyobraźnia. Przy okazji premiery "Sugar Mana" przypominamy kilka absolutnie nieprawdopodobnych i niewiarygodnych, a jednak autentycznych opowieści.  
 
Robotnik gwiazdą rocka
 
"Sugar Man" - co to za historia! Gdyby nie fakt, że od dobrych kilku miesięcy w kolejnych newsach i materiałach dziennikarskich widzimy człowieka, a w radiu słyszymy jego utwory, a wkrótce on sam - z koncertami - odwiedzi Europę, nie sposób byłoby w nią uwierzyć.
Gdzieś w RPA z ust do ust przekazywane są opowieści o legendarnym buntowniku, który podpalił się na scenie. Przez lata był symbolem walki z uciskiem, tajemniczą i tragiczną gwiazdą, której płyty rozchodziły się w drugim obiegu w setkach tysięcy egzemplarzy. Pierwsza z nich dotarła ponoć wraz z jakaś dziewczyną, na pokładzie samolotu. Przekazywana z rąk do rąk, kopiowana domowymi metodami skupiła na sobie tak wielką uwagę, iż piosenkarz stał się w kraju bardziej znany niż Elvis Presley. Informacja o jego desperackim samobójczym geście tylko wzmocniła jego kult. Nikt, ale to absolutnie nikt, nie miał pojęcia, że…  [UWAGA - w dalszej części akapitu są spoilery]  bard ma się całkiem dobrze. W błogiej nieświadomości wiedzie zwykłe, spokojne życie na drugim krańcu planety, w Detroit. Jest robotnikiem od najgorszych fuch, których nikt inny nie chce się podjąć. Trochę ekscentryk, bo na zlecenie przychodzi ubrany w garnitur; trochę idealista, bo w świecie, w którym tacy jak on spychani są na margines, walczy o innych. On też nie ma pojęcia, że gdzieś ktoś słucha jego piosenek, a tym bardziej, że jest sławny. Owszem, w młodości próbował zrobić karierę w show-biznesie. Kilku ważnych ludzi z branży widziało w nim konkurenta Boba Dylana. Ci, którzy raczyli wysłuchać jego utworów - z jakiegoś niewytłumaczalnego powodu nie było ich za wielu - nie mieli wątpliwości, że taki talent nie zdarza się często. Nie wypaliło. Marzyciela dogoniła proza życia. I gdyby nie ciekawość pewnego dziennikarza, nie filmowcy, dziś nie tylko nie poznalibyśmy jego losów, tego kosmicznego zapętlenia rzeczywistości, w której nie było internetu i korporacji walczących o prawa autorskie. Ale na tym przecież się nie skończyło. Sugar Man po czterech dekadach przerwy ma nagrać nowy album!  

 
 
Facet z radiem na szyi
 
Sixto "Sugar Man" Rodriguez nie jest jedynym niesamowitym bohaterem, wytropionym przez wścibskich dokumentalistów. Na polskie festiwale - niestety nie do kin - dotarł niedawno "Radioman" w reżyserii Mary Kerr. Kolejna niewiarygodna, a prawdziwa historia. Również z poletka show-biznesu. Craig Castaldo (znany również jako Craig Schwartz , ur. 1951) to alkoholik, kloszard, łachmaniarz, który nigdy nie rozstaje się ze swoim uwieszonym na szyi radiem. Jest szczęśliwy, że nie mieszka już na ulicy tylko w zagraconej klitce. To kolejna anonimowa twarz wielkiej metropolii, niezauważana przez przechodniów, którzy mogą pochwalić się dżinsami z sieciówki i dobijającą ich pracą biurową w korporacji. 
 
Ten "nikt" uśmiecha się jednak od ucha do ucha i gawędzi z Tomem Hanksem, Johnnym Deppem, Jude'em Law, Jamesem Gandolfinim, Sandrą Bullock, Sharon Stone, Whoopi Goldberg, Stevenem Spielbergiem, George'em Clooneyem i swoim sobowtórem - Robinem Williamsem. "Zna go każdy, kto kręci w Nowym Jorku" - mówi o nim Clooney, a Depp dodaje, że Radioman "jest bohaterem". Ten "nikt" przechadzał się po wszystkich najważniejszych nowojorskich planach filmowych ostatniej dekady, czym nie może pochwalić się ani żaden aktor, ani żaden dziennikarz. W niektórych z nich nawet statystował - chociażby u Martina Scorsese. Przez wielu gwiazdorów uznany został za dobry omen i ludzki amulet, bez którego produkcja się nie uda.  Wielki oryginał i człowiek-zagadka. Wariat? Pasjonat? Marzyciel? Tak, jak prace nad "Sugar Manem" przyczyniły się do wielkiego powrotu Rodrigueza, tak Kerr sprawiła, że anonimowy bezdomny sam stał się gwiazdą, która ma własnych fanów i udziela wywiadów.

 

@page_break@
Zabubiony w La Manchy
Najbardziej pechowy film w historii kina
 
W poszukiwaniu historii tak zaskakujących, a momentami absurdalnych, że tylko życie mogło je napisać, nie sposób nie natrafić na dokument "Zagubiony w La Manchy" (2002) Keitha Fultona i Louisa Pepe, którzy towarzyszyli Terry'emu Gilliamowi na planie filmu "The Man Who Killed Don Quixote". Ta produkcja do dziś nie powstała, a dokument "Zagubiony w La Manchy" częściowo odpowiada na pytanie "dlaczego". Gdyby pokusić się o zestawienie najbardziej pechowych projektów filmowych wszech czasów, przedsięwzięcie Gilliama o najwyższe miejsce na podium rywalizowałoby, łeb w łeb, z naznaczoną tragicznymi wypadkami, śmiercią i strzelaniną w Aurorze trylogią o Człowieku-Nietoperzu Christophera Nolana. Uciekający budżet, odrzutowce przelatujące nad planem, konie bardziej uparte niż osły, niszczycielski wiatr, burze. To konglomerat wszystkich filmowych nieszczęść, które kiedykolwiek mogłyby dotknąć produkcję.
 
 
Peter Jackson na tropie skarbu
 
Poszukiwania dokumentów niezwykłych łatwo również doprowadzają do obrazu "Zapomniane srebro" (1995) Petera Jacksona. To tzw. mockumentary - fałszywy dokument (fantastyczny nurt sam w sobie, wymagający odrębnego zestawienia), tak jednak autentyczny w duchu i prawdopodobny, tak celnie oddający klimat początków kina, iż postanowiliśmy go włączyć do zestawienia nieprawdopodobnych, a prawdziwych historii. Prowadzone przez przyszłego twórcę trylogii "Władca Pierścieni" i "Hobbita" poszukiwania "zapomnianego" filmowca z Nowej Zelandii, zawadiaki i śmiałka Colina McKenzie to czarujący hołd dla mistrzów takich jak David W. Griffith, bracia Lumiere i Georges Melies. Dla kinomanów to prawdziwa lektura obowiązkowa, która umożliwia zarówno rozsmakowanie się w formie, w opowieści i jej bohaterach. Najlepsza jest w duecie z innym filmem, dokumentem Orsona Wellesa, "F jak fałszerstwo" (1973). 

 
 
Pasja, która może kosztować życie
 
Nie tylko ludzie show-biznesu mogą pochwalić się perypetiami ze snów. Jeżeli są wśród Was wielbiciele szybkich samochodów, dokumentem, który musicie obejrzeć jest "Senna" (2010) Asifa Kapadii, kolejna produkcja, która pominęła nasze kina, ale jest dostępna na DVD. Postaci Ayrtona Senny niby nikomu przedstawiać nie trzeba: brazylijski mistrz Formuły 1, który zginął na torze. A jednak… Kapadia wyrzucił ze swojej opowieści tzw. gadające głowy, oddał głos samemu Sennie, pozwolił, by on sam opowiedział o swojej pasji, byśmy poznali kolejne etapy jego kariery. Nie zastanawiajcie się, bo ten film wciągnie Was o wiele bardziej niż "Szybcy i wściekli"! 
 
@page_break@
Człowiek na linie
Tańczący z wieżami
 
Równie wciągającym, momentami nawet przerażającym seansem jest spotkanie z Philippem Petit - "Człowiekiem na linie" Jamesa Marsha (Oscar 2008). To linoskoczek, który we wczesnej młodości uzależnił się od wyzwań i adrenaliny. W 1974 roku popełnił największe pasjonackie przestępstwo i szaleństwo świata - przeszedł po linie rozwieszonej między dachami wież World Trade Center. Stop! Nie tylko przeszedł: przez 45 minut spacerował, tańczył, klękał, leżał… Jeżeli cierpicie na lęk wysokości, prawdopodobnie nie powinniście tego filmu oglądać.     
 
 
Cała prawda o rodzinie
 
To, że show-biznes, kino, muzyka, sztuka i sport są prawdziwą kopalnią historii większych niż życie, pełnych zwrotów akcji, zbiegów okoliczności i przypadków tak bardzo nie zaskakuje. Nieprawdopodobne opowieści kryć się jednak mogą na strychu u babci. Jedno z odkryć Sundance: "The Flat" ("Mieszkanie", 2011) Arnon Goldfinger to jedna z tego typu realizacji, prawdziwie detektywistyczny i mocno zaskakujący film. Zwykła żydowska rodzina. Gdy w Tel Awiwie umiera babka, trzeba opróżnić jej mieszkanie. Starsza pani w latach 30. musiała opuścić Niemcy. Wśród szpargałów rodzina natrafia na dziwną monetę: z jednej strony gwiazda Dawida, z drugiej swastyka. Chwilę później na nazistowską prasę propagandową. O co chodzi? Reżyser rozpoczyna śledztwo, które zaprowadzi go do niemieckiego domu córki wysoko postawionego nazisty i nie będzie to oficer z obozu koncentracyjnego.
 
 
 
Wybraliśmy tylko kilka tytułów, ale ta lista nie ma końca, a co roku pojawiają się na niej kolejne niesamowite opowieści. Także w Polsce. Obejrzyjcie "Wirtualną wojnę" (2012) Jacka Bławuta, a dowiecie się, że II wojna światowa dla niektórych jeszcze się nie skończyła; "Wierę Gran" (2012) Marii Zmarz-Koczanowicz, a poznacie losy niezwykle utalentowanej Polki, która pokazuje Władysława Szpilmana w diametralnie innym świetle niż zrobił to Roman Polański w "Pianiście".

"Kino dokumentalne ogarnia świat niczym malaria, rozprzestrzenia się szybko i daleko" - mówi Hussain Currimbhoy, dyrektor jednego z największych brytyjskich festiwali filmów dokumentalnych, Sheffield Doc/Fest. "Pojawiła się nowa energia. Żyjemy w czasach, gdy filmowcy, w szczególności młodzi, skłaniają się coraz bardziej ku dokumentowi jako sposobowi na znalezienie sensu w świecie, w którym żyją. Są coraz bardziej nieufni wobec mediów mainstreamowych i spragnieni formy, która opowie o prawdziwych wydarzeniach w prawdziwy sposób, nawet jeżeli forma ta nie będzie doskonała technicznie. To bardzo ekscytujący i przełomowy czas dla dokumentu".
 
"Naprawdę uważam, że żyjemy w złotym wieku dokumentu" - dodaje Lucy Walker, dokumentalistka. To chyba jeden z najbardziej pozytywnych efektów cyfrowego boomu. Bo choć dzięki tanim i prostym w obsłudze kamerom mamy dookoła mnóstwo filmowych śmieci i spamu obrazkowego, coraz więcej jest też opowieści niezwykle intrygujących. 
 
 
I na festiwalach Planece + Doc, Watch Docs i Krakowskim Festiwalu Filmowym.
[Dagmara Romanowska]