"Syn Boży" z piekła rodem

"Syn Boży"
Syn Boży" nawet nie próbuje udawać, że jest oparty na Piśmie Świętym sensu stricto. Kuriozalny projekt przypomina rozciągniętą do ponad dwóch godzin adaptację ilustrowanych książeczek z serii „Biblia dla najmłodszych".

Zapowiadany jako film „ukazujący losy Jezusa Chrystusa od narodzin po ukrzyżowanie i zmartwychwstanie" w rzeczywistości ma znacznie większe ambicje. Jest tu stworzenie świata, Adam i Ewa, „wielki potop" i żywot mesjasza opowiedziany po łebkach. Wszystko pokazane w telegraficznym skrócie, by oczywiście zaserwować widzom wielki finał – Misteria Paschalia, ostatnie dni Chrystusa z apostołami, skazanie na śmierć i egzekucję. „Syn…" to więc cyniczny produkt, zrobiony niskim nakładem środków, wprowadzany do kin naturalnie w czasie poprzedzającym święta wielkanocne, by oferować widzom namiastkę przeżycia duchowego w sali kinowej. Reżyser Christopher Spencer skacze po wybranych wątkach z ksiąg Nowego Testamentu i wybiera najbardziej znane opowieści, podając je w formule przypominającej film prezentowany w telewizji w niedzielę do obiadu.

Jezus w wykonaniu Portugalczyka Diogo Morgado, grany na granicy kampowego przegięcia i występu rodem z przestawienia szkolnego, jest tu raz natchnionym nauczycielem, raz pretensjonalnym bufonem, ale przede wszystkim postacią bez życia. Podobnie bezpłciowo wypada drugi plan: Amber Rose Revah jako histeryczna Maria Magdalena czy Greg Hicks w roli Poncjusza Piłata, ograbiony z niepokojów i wyrzutów sumienia, w które wyposażyła go literatura wielkiej próby, jak „Mistrz i Małgorzata" Bułhakowa.

Spencer nie idzie ścieżką „twórczej zdrady" wytyczonej przez filmy pokroju „Ewangelii św. Mateusza" Pasoliniego czy „Ostatniego kuszenia Chrystusa" Scorsesego, które – wierne literze Biblii i suto czerpiące z apokryfów i dobrej prozy (film Scorsesego jest adaptacją książki Nikosa Kazantzakisa) patrzyły świeżym okiem na postaci Chrystusa i jego uczniów i wzbogacały biblijne sylwetki; nie jest też gatunkową próbą, jak świetna „Pasja" Gibsona, poziomem okrucieństwa nie ustępująca mistrzom filmowego gore; zamiast tego dostajemy rzecz pokroju filmów Cecile'a B. DeMille'a, ale bez „DeMille's touch", tytuł, który udaje dużą produkcję, a którego widowiskowość sprowadza się do efektów specjalnych, jakich nie powstydziłby się Juliusz Machulski (vide: „AmbaSSada").

„Syn boży" ateistów utwierdzi w niewierze, rezolutnym katolikom natomiast zasieje ziarno niepewności w sercach. A ci najbardziej wątpiący – dzięki podobnym, wyrachowanym produktom – mogą stracić bezpowrotnie wiarę. W najlepszym wypadku rzecz sprawdzi się na rekolekcjach dla najmłodszych. Kino – złe, bo złe – to jednak kino, a nawet najgorszy film może przynieść więcej perwersyjnej przyjemności niż dowolne kazanie z ambony.
 
[Jacek Dziduszko]