Szczerbic o pracy z Amerykanami nad "Listą Schindlera": jak z dziećmi

Lista Schindlera
Amerykanie są przeczuleni na punkcie wielu spraw. Od Branko Lustiga dostałem cenną radę: Wyobraź sobie, że nie są dorosłymi ludźmi, tylko dziećmi, którymi trzeba się opiekować, bo inaczej będą źle pracowały i źle grały - wspomina w rozmowie ze Stopklatka plan filmu Spielberga Michał Szczerbic.
 
Michał Hernes: Jak wspomina pan po latach pracę nad „Listą Schindlera", przy której pełnił pan funkcję kierownika produkcji?
 
Michał Szczerbic: Amerykański system producencki jest oparty na zasadach pochodzących z armii. Jeden z producentów „Listy Schindlera" był nawet kiedyś oficerem piechoty morskiej. Wszystko funkcjonuje u nich fantastycznie. Do poszczególnych zadań przygotowywali się drobiazgowo i perfekcyjnie, tymczasem w Europie byliśmy przyzwyczajeni do pozwalania sobie na większą swobodę. Najlepszym przykładem konsekwencji Amerykanów jest to, że na planie pracują przez trzynaście godzin, wliczając godzinną przerwę na lunch. Nigdy nie zdarzyło się, że przykładowo po dziesięciu godzinach wykonano cały dzienny plan i pozostałe dwie godziny były wolne. W takiej sytuacji musieliśmy na szybko wprowadzić do harmonogramu nowe zadanie i je wykonać. To było niesłychane. Gdyby skończyli pracę o 15:00, a nie o 19:00, oznaczałoby to, że źle ją wykonują. Jest w tym coś bezlitosnego, a zarazem fantastycznego. 
 
Czy Polacy sobie z tym radzili i nie było problemów?
 
Żadnych. Spielberg ocenił naszą pracę pomiędzy dziewięć a dziesięć, a dziesiątka to było maksimum.
 
Jak go pan wspomina?
 
Nie miałem z nim bezpośrednio do czynienia. Struktura pracy była w pewnym sensie szalona. Spielberg miał swoich producentów i asystentów, a ja pełniłem funkcję służebną. Konsultowali się z nami jego asystenci, którzy przekazywali nam, co jest w porządku, a co budzi ich wątpliwości. Pamiętam, że raz okazało się, że nie spodobały się im kostiumy, ale to drobiazgi, które nie miały większego znaczenia.  
 
Z jakimi problemami zmagaliście się na planie?
 
Zdarzało się, że dostawaliśmy do wykonania bardzo trudne zadania. Musieliśmy na przykład wynająć fabrykę, która - jak się okazało - znajdowała się w skomplikowanej sytuacji finansowo-prawnej. Należało więc zadbać o otrzymanie zgody od wszystkich podmiotów, do których należała. Dodatkowo system amerykański wymagał od nas, byśmy zadbali o bezpieczeństwo całej ekipy. W związku z tym należało w fabryce wykonać badania gruntu i wytrzymałości murów. Amerykanie pilnują, by na planie nie było nawet minimalnego zagrożenia, związanego z tym, że nagle spadnie kamień lub coś pęknie. Gdy wchodziliśmy do kanałów, wykonywaliśmy badania dotyczące tego, jakie jest tam powietrze i czy nie zagraża zdrowiu aktorów albo ich samopoczuciu. Nie mogło być mowy o tym, że ktoś z ekipy będzie miał pretensje od strony prawnej. Ewentualna odpowiedzialność spadłaby wówczas na polską stronę. Oczywiście nie obrywaliśmy za wszystko. Przykładowo amerykański pirotechnik odpowiadał za płonący stos trupów, które zrobiono źle i niezbyt realistycznie. Ostatecznie ten fragment nie wszedł do filmu. 
 
Jeżeli zaś chodzi o mnie, to do pracy nad tym filmem zostałem zaangażowany na pół roku przed początkiem zdjęć. Moje zadanie polegało na rozwiązaniu kwestii prawnych i dostosowaniu ich nie tylko do potrzeb ekipy, ale przede wszystkim do wymagań amerykańskiego systemu prawnego. 
 
Jak wyglądała praca z Branko Lustigiem?
 
Jako Chorwat był dobrym łącznikiem między nami a Amerykanami. Kilkukrotnie rozmawiałem z nim na temat tego, że Amerykanie są przeczuleni na punkcie wielu spraw. Lustig powiedział: „Wyobraź sobie, że nie są dorosłymi ludźmi, tylko dziećmi, którymi trzeba się opiekować, bo inaczej będą źle pracowały i źle grały".
@page_break@
Lista Schindlera
Ale nie było z tymi dzieciakami problemów.
 
Tak, ten film jest dla mnie perłą w koronie. Jak wspominałem, ujęła mnie dbałość o każdy detal. Warto odnotować, że każdy miał swoją skrzynkę, w której znajdowały się wszystkie aktualne dokumenty, obejmujące wszelkie uwagi, zalecenia i zmiany. Wszyscy bardzo pilnie to czytali. Wprowadziłem ten system w innych moich produkcjach filmowych. Zdarzało się, że na sen mieliśmy tylko cztery godziny.  
 
Proszę opowiedzieć o pracy ze statystami.
 
Było ich kilka tysięcy. Z Krakowa, do scen obozowych, wywoziliśmy ich o godzinie 2:00 w nocy. Trzeba było opracować i wyznaczyć cały system logistyczny, obejmujący to, kto kiedy wchodzi na plan i z niego wychodzi, a także jakimi drzwiami. Osobną sprawą był system ewidencji. Jedni statyści byli w filmie bici, a innym golono głowy. Wiązało się z tym zróżnicowanie stawek. Z takim podejściem do pracy spotkaliśmy się po raz pierwszy i musieliśmy go opracować od podstaw.  
 
Warto także wspomnieć o scenie wywożenia dzieci ciężarówkami. Nagle ta scena nabrała niesamowitej dramaturgii. W momencie, gdy żydowskie kobiety zorientowały się, że ich dzieci są wywożone na śmierć, przełamały konwój SSmanów i zaczęły biec za ciężarówkami. Statystujące Polki tak się tym przejęły, że to się wymknęło spod kontroli. Dały się ponieść emocjom w takim stopniu, że statyści grający żołnierzy uciekali przed nimi z autentycznym przerażeniem. To wyglądało, jakby te kobiety chciały ich zabić. Na planie udało się wytworzyć aż takie emocje. 
 
Przypomina pan sobie jeszcze jakieś historie? 
 
Spielberg mocno głowił się nad tym, jak przedstawić jedną rzecz. Chodzi o to, że Niemcy często strzelali do dziesięciu osób z jednego karabinu. Oszczędzali w ten sposób amunicję, ustawiając Żydów jeden za drugim i oddając strzał. Kula po kolei przechodziła przez ich głowy, zabijając ich wszystkich. Spielbergowi zależało, żeby pokazać to jak najbardziej realistycznie i by ostatni w rzędzie padali na ziemie z opóźnieniem. To było zadanie bardzo trudne, ale polscy statyści poradzili sobie z nim w taki sposób, jakby każdy z nich miał wojnę we krwi. 
 
Z kolei przed rozpoczęciem zdjęć w Oświęcimiu musieliśmy uzyskać zgodę na zbudowanie na jego terenie baraków i położenie tam torów. O zgodę nie było łatwo. Co ciekawe, zbudowaliśmy obóz, który znajdował się przed… prawdziwym obozem. Łącznikiem między nimi była tylko brama. Z obozu wjeżdżało się w pole, gdzie wybudowaliśmy tory kolejowe i baraki. 
 
Jak odbiera pan „Listę Schindlera"?
 
W kategorii filmów o holokauście zajmuje ważne miejsce, aczkolwiek jako Europejczycy inaczej patrzymy na takie produkcje. Nasze filmy o tej tematyce mają w sobie więcej ognia, tymczasem te amerykańskie są bardziej chłodne i epickie. Nie zawsze chwyta mnie to za serce. W amerykańskich filmach bohaterowie nie są bohaterami od samego początku. Stają się nimi stopniowo, poprzez przerażenie i refleksje docierając do jądra ludzkości. Czy w filmie Spielberga pokazano ten proces przejmująco? Tego nie wiem. 
[Rozmawiał: Michał Hernes]