Ucieczka od świata pośpiechu, chaosu i nerwowości. Rozmawiamy z Januszem Majewskim ("Po sezonie")

Traktuję świat jak obiekt, który jest przede wszystkim śmieszny. Większość przeciwności staram się przezwyciężać śmiechem - rozmowa z Januszem Majewskim, autorem filmu "Po sezonie" (na ekranach kin od piątku 31 marca).


W filmie fabularnym Janusz Majewski zadebiutował "Sublokatorem" (1967). Od tej pory wyreżyserował ponad 30 filmów fabularnych, m.in. "Czarną suknię" (z Idą Kamińską i Aleksandrą Śląską, nagrodzony w Pradze za reżyserię), "Lokis", "Zazdrość i medycynę", "Zaklęte rewiry", "Sprawę Gorgonowej", "Lekcję martwego języka", "Królową Bonę", "C.K. Dezerterów", "Siedlisko", "Złoto dezerterów". 31 marca do kin wchodzi jego najnowszy film - "Po sezonie".

Agnieszka Duda: Jeden mężczyzna, trzy kobiety. Nie bał się Pan takich proporcji? Jak czuł się Pan w takim babińcu? Jak Pan to ujął, na planie doszło przecież do prawdziwej konfrontacji z żywiołem kobiet; jak udało się Panu wyjść z niej cało?

Janusz Majewski: Udało mi się to dzięki wieloletniemu doświadczeniu, długiemu życiu i nabytej w ten sposób odporności na wszystko, co jest groźne. Poza tym ja mam zawsze możliwość schowania się za kamerą, która jest swego rodzaju tarczą ochronną. Nie musze się obawiać, że to, co jest przed nią, zacznie mnie dotyczyć. A jak przetrwał mój bohater? Bohater przetrwał z mojej woli, z woli autora, ponieważ musiał przetrwać. Pytanie tylko, czy wychodzi z tego nienaruszony? Myślę, że nie. Wychodzi z tego doświadczenia innym człowiekiem, staje się kimś innym. Mimo wieku, niezależnie od tego, ile jeszcze pożyje, wychodzi z tego z perspektywą zmiany życiowej. W jego sposobie myślenia o świecie i życiu coś się uporządkowało, przypomniał sobie, co jest tak naprawdę najważniejsze. Ten stary mężczyzna w ostatniej chwili dojrzewa do dorosłości. A równocześnie staje się znowu chłopcem, z całą naiwnością chłopca, z całą rozpaczą chłopca, który nie może znieść myśli, ze zostanie znowu porzucony. To wszystko przytrafia się w moim filmie nie bez przyczyny starszemu człowiekowi. A to dlatego, że myślę, że ludziom należy życzyć, żeby do samego końca coś ciekawego zdarzało im się jeszcze w życiu, żeby nie popadali w odrętwienie, nie zastygali w rozpamiętywaniu przeszłości i nie zajmowali postawy kogoś przegranego. A taka postawa jest niestety najbardziej typowa. Często widzę takich zrezygnowanych ludzi, którzy już tylko beznadziejnie czekają na śmierć, mimo że się jej boją. Czekają i nic nie robią, tylko bezczynnie siedzą. Nie ma nic gorszego od sytuacji, w której człowiek traci ciekawość świata. Tak naprawdę to już wtedy umiera. To jest straszne. Dopóki są zjawiska, które mogą go zaciekawić, a kto wie, może nawet pasjonować, wtedy żyje. Może to być pojawienie się kobiety, jak to ma miejsce w tym przypadku, może to być znalezienie, odkrycie w sobie nowych możliwości, zainteresowań, jakiegoś talentu. Są ludzie, którzy na starość zaczynają malować, pisać. Były przypadki, że tacy ludzie robili nagle pod koniec życia karierę. Na przykład Andrzej Kuśniewicz, wybitny pisarz, zadebiutował pierwszą powieścią w wieku 57 lat, potem napisał jeszcze kilka świetnych (z "Lekcji martwego języka" zrobiłem film), dożył prawie dziewięćdziesiątki i wszedł do historii polskiej literatury. Udowodnił, że nigdy nie jest za późno. Pewnie robił to w imię przekonania, które podzielam, że dla człowieka jest ważne i konieczne, żeby do końca miał poczucie, że życie jest ciekawe, że jest komuś potrzebny, że jest jeszcze coś do odkrycia, do zrobienia w życiu. Właśnie takim ludziom dedykuję ten film.

Jednymi z wielu tematów, jakie porusza film są samotność, miłość i przemijanie. O czym najłatwiej było Panu opowiadać?

Z racji mojego wieku prawdopodobnie najłatwiej było mi mówić o problemach przemijania i starości. Proszę jednak zauważyć, że nad wszystkim dominuje temat miłości. Wobec niego, tamte nie mają aż takiego znaczenia. Czymże jest miłość dla starego człowieka? Może być jego podporą, może mu dawać emocje, motywacje, siłę do życia, a jednocześnie, z drugiej strony, stwarzać pewien autentyczny dramat, który w tym wieku wyciszenia może być rzadkością. Ktoś, kto się zakochuje w tak późnym wieku, musi się liczyć z tym, że przeżyje dramat, jeżeli nie tragedię. Tą tragedią będzie rozstanie, bo albo młoda kobieta porzuci jego, albo on zostawi ją, odchodząc na dobre. To wszystko jest podszyte dramatem i wtedy, automatycznie staje się tematem dla sztuki; dla filmu, literatury. Musi być konflikt kogoś z kimś, czegoś z czymś. To właśnie na tym styku powstaje taka dramatyczna opowieść. Te trzy wymienione przez Panią zjawiska są natomiast potrzebne jako składniki koktajlu, jaki jest potem do wypicia.

Pusty o tej porze roku pensjonat, nie skażony prawie widokiem człowieka, gdzieś na uboczu. Cisza i spokój. I czas, który jakby się tutaj zatrzymał albo przynajmniej wolniej płynął. Gdzie stale pędzący gdzieś przed siebie, żyjący pod presją czasu, podenerwowani, zestresowani ludzie, walczący każdego dnia o przetrwanie i ich problemy? Proszę tego nie odbierać jako zarzut pod adresem filmu, ale czy to z Pana strony aby nie rodzaj ucieczki od zgiełku i chaosu tego świata? (akcja filmu została umieszczona w pensjonacie niedaleko Ełku, w którym reżyser i autor scenariusza "Po sezonie" na co dzień mieszka razem z żoną).

Jeżeli chodzi o moje życie, to na pewno jest to rodzaj ucieczki od świata pośpiechu, chaosu i nerwowości. Dzięki temu, że osiedliliśmy się tam 15 lat temu, prawdopodobnie o dobrych kilka lat przedłużyłem sobie życie. Życie i coś w rodzaju psychicznej młodości, bo nie czuję się stary. Ile razy przyjadę do Warszawy, a stale tu przyjeżdżam, po paru dniach muszę stąd uciekać, bo jest mi tutaj źle, niewygodnie. Nie potrafię już żyć tak, jak niestety większość ludzi musi. To prawda; jest to rodzaj ucieczki. Nie każdemu się to niestety udaje. W moim przypadku sporo zależało od zbiegu okoliczności i tego, że oboje z żoną mieliśmy już za sobą spory kawał życia i intensywnej pracy. No i nie ukrywam, że dzięki temu pracowitemu życiu, po prostu mieliśmy środki, żeby się odizolować i zamknąć na wsi. Potem, jak się okazało, że taka izolacja jest bardzo kosztowna, pojawiła się idea zrobienia z naszego domu pensjonatu, który od ponad dziesięciu lat nas właściwie utrzymuje. Chociaż też nie do końca, ponieważ u nas, w Polsce, a zwłaszcza na Mazurach, sezon jest bardzo krótki. Właściwie to trwa tylko dwa, trzy miesiące, w wakacje. Na pewno decyzja o przeprowadzeniu się tam była poważną i odważną decyzją w naszym życiu. Jest to teraz dla nas bardzo ważne miejsce, jest naszym domem. Goście, którzy do nas przyjeżdżają, podzielają tą opinię.

Scenariusz powstawał w nieco dziwnej kolejności, odwrotnej niż to zazwyczaj bywa. Zaczęło się od ram, scenerii, potem był główny bohater, a na samym końcu intryga i pozostałe postacie. Mnie się zawsze wydawało, że najłatwiej zaczynać od intrygi...

Nie wiem, jak powstaje większość filmów, od czego zaczynają pracować zawodowi scenarzyści, bo mnie to nie interesuje. Ten film zaczyna się od mojego serca, od mojej woli, a kończy się tam, gdzie mnie ta historia zaprowadziła. Poza tym, jeżeli już mówimy o tzw. warsztacie filmowym, pobierałem nauki u mistrzów, którzy zawsze zaczynali swoje filmy w niekonwencjonalny sposób. Ja sam właściwie każdy swój film zaczynałem inaczej, bardzo różnie. To zależy od tematu, od rodzaju filmu. Mimo że jestem wielkim admiratorem Hitchcocka i jego filmów, mimo, że stanowiły dla mnie dobrą szkołę (chociaż nie robiłem podobnego kina), mimo, że wiele się z nich nauczyłem, nie podzielam jego zdania, że film powinien zaczynać się trzęsieniem ziemi, a potem napięcie powinno stopniowo wzrastać. To jest tylko dobry żart, wymyślony przez cynika, jakim był ten artysta. Film może zaczynać się bardzo różnie. Tak naprawdę to zależy zawsze od indywidualnego, konkretnego przypadku.

W jakich okolicznościach zainteresował się filmem Pan Jacek Santorski?

Ktoś go przyprowadził na zamknięty pokaz, jaki zrobiłem dla znajomych, żeby wysondować ich opinie, zobaczyć, jakie robi na nich wrażenie. W Gdyni zobaczył ten film po raz drugi, wziął tam udział, całkiem spontanicznie, w konferencji prasowej. Ten film go jakoś niesamowicie poruszył. Wielokrotnie o tym mówił. Znalazł tam jakąś tajemnicę. Twierdzi, że "Po sezonie" działa jak wizyta u terapeuty.

No właśnie. Pan Jacek powiedział, że dał mu Pan tym filmem lekcję pokory. Był nim poruszony, ale nie potrafił zrozumieć, skąd magia i owo terapeutyczne działanie. Potrafi Pan to wyjaśnić?

Jeżeli ktoś taki jak pan Santorski, który jest człowiekiem światłym i świadomym, którego fachem jest rozpoznawanie stanu psychiki ludzkiej nagle konstatuje, że sam coś przeżywa i nie rozumie, dlaczego, to musi być to dla niego szokiem. On stara się przecież rozumieć wszystkie procesy zachodzące w psychice ludzkiej, żeby komuś móc pomóc. Mówił mi, że sprawdzał to też na pielęgniarkach, które uczy postępowania z pacjentami, które doszkala psychicznie, żeby widziały w każdym pacjencie człowieka i umiały rozpoznać jego potrzeby, a nie tylko wiedziały, jak posługiwać się aparaturą medyczną. Podobno za każdym razem, kiedy pokazywał im fragment mojego filmu, ta reakcja była podobna, zdumiewająca. Ja nie potrafię tego wyjaśnić, nie wiem, dlaczego to tak działa, ani na czym właściwie polega. Naprawdę nie wiem. Pan Jacek powiedział, że to była dla niego lekcja pokory. Ja to rozumiem tak, że on, nie potrafiąc wyjaśnić sobie tego zjawiska, zrozumieć je, czuje pokorę, jaką czuje się wobec czegoś, czego do końca nie jest się w stanie pojąć.

Świat jest niepoważny, i jedynym wyjściem, jakie nam pozostaje, jest śmiech?

Tak powiedziałem w tym filmie. To jest moja maksyma życiowa. Traktuję świat jak obiekt, który jest przede wszystkim śmieszny. Większość przeciwności staram się przezwyciężać śmiechem. To jest trudne, czasem się nie udaje. Jak każdy inny człowiek, na pewne rzeczy często reaguję złością, zdenerwowaniem. Jak przezwyciężę pierwsze odruchy i przyjrzę się sytuacji jeszcze raz, dostrzegam jej śmieszność, przynosi mi to ulgę i mogę wtedy przezwyciężyć szok pierwszego kontaktu z daną sytuacją.

Jeden z krytyków powiedział, że "Po sezonie" to film dobrze zbudowany. Co to znaczy "dobrze zbudowany film"? Jaki to film?

Karol Irzykowski, wielki teoretyk filmu, dzisiaj już zapomniany, bo jego teorie dotyczyły filmów z wczesnego okresu kina, tak że trudno byłoby je przenieść na dzisiejsze czasy, powiedział, że lubi dobrze zbudowane kobiety, ale filmy nie muszą takie być. Jerzy Płażewski, krytyk, którego słowa Pani przytoczyła, w swojej recenzji nawiązał do jego słów, pisząc, że jeżeli o niego chodzi, woli jednak, żeby filmy też były dobrze zbudowane. Chodziło mu o konstrukcję dramaturgiczną, o to, żeby wszystko co wydarza się na początku opowiadania, miało jakieś konsekwencje w jego toku, lub na końcu. Posłużył się takim przykładem: w pewnym momencie nasza filmowa Dasia mówi, że chciałaby mieć chłopaka z samochodem, ponieważ mogłaby się wtedy kochać też zimą, a nie tylko w lecie, w lesie, niestety ma chłopaka tylko z motorem, w dodatku służbowym. I on potem, na końcu, przyjeżdża na tym motorze i okazuje się, że jest policjantem, co powoduje panikę u naszych bohaterów. Mógłbym dać szereg innych przykładów, ale nie chodzi o to, żeby się wdawać w szczegóły, tylko o to, że każda konstrukcja, powinna być do końca konsekwentnie wykorzystana. Czechow mówił, że jak w pierwszym akcie na ścianie wisi strzelba, to w ostatnim ona musi wystrzelić. Ale nie oznacza to, że na końcu musi być postawiona kropka nad i, że wszystko ma być ostatecznie, kategorycznie wyjaśnione, rozwiązane. Moje zakończenie jest otwarte, daje możliwość różnych interpretacji.

Co ten film miał nam powiedzieć o relacjach damsko-męskich?

Najważniejszym, co ten film ma do powiedzenia w kwestii relacji damsko-męskich, jest to, że te sprawy nie umierają, nie zamierają, że żyją do końca, dopóki żyje człowiek. Dlatego łatwo jest uwierzyć, ze młoda kobieta porusza jeszcze uśpione zmysły starego mężczyzny. Jest przecież cała tradycja: "Joanna i starcy", "Piękna i bestia", to mity kultury, które żyją wiecznie. Ja dedykuję ten film także młodym kobietom, które nie powinny zapominać, że swoją urodą, urokiem, wdziękiem, seksapilem oddziałują nie tylko na młodych mężczyzn. Przypominam tez młodym mężczyznom, żeby nie byli zbyt zadufani w sobie, że kobiety wymagają nie tylko męskiej siły, ale uwagi, czułości, opieki, oparcia. A starszym ludziom, że nie wszystko jeszcze stracone, że jeszcze wiele się może wydarzyć. Może znajdą na schodach maleńkiego bezbronnego kotka, i on stanie się w ich życiu kimś bardzo ważnym. Dopóki jeszcze są otwarci na uczucia, dopóty warto żyć.

Ze względu na bardzo mały budżet musieliście pracować szybko. Co to znaczy mały budżet w polskich realiach?

W polskich realiach jest to dotacja w wysokości miliona złotych od państwa, którą dostawał dotąd każdy film (teraz będzie inaczej, bo powstał Polski Instytut Sztuki Filmowej), jeżeli scenariusz został zaakceptowany. A drugą część, zazwyczaj dużo większą, musiał dać jakiś sponsor, bank, brało się kredyty, pożyczki, albo producent wykładał pieniądze na film, z zamiarem ich późniejszego pomnożenia. W tym wypadku nie było ani banku, ani żadnego sponsora z pieniędzmi. Była tylko nasza gotowość zrobienia tego na kredyt; nasza, to znaczy wszystkich realizatorów i aktorów. Na razie rozdzieliliśmy tylko niewielkie pieniądze z tego, co zostało z dotacji po zapłaceniu za technikę, a na resztę będziemy czekali i dostaniemy je, jeżeli łaska publiczności pozwoli nam na tym filmie coś zarobić.

Dziękuję za rozmowę.
Agnieszka Duda