WENECJA 2013: w pustyni i w paszczy paparazzich

Tracks
195 dni w drodze, na piechotę, w pojedynkę, przez australijską pustynię - od Alice Springs aż po Ocean Indyjski. Nie jest łatwo przytrzymać uwagę widza przy takiej fabule, jeszcze trudniej pokazać, co zmienia się w bohaterce, gdy przez dużą część filmu obserwujemy ją w samotności.
 
John Curran, autor m.in. pokazywanego w Polsce "Malowanego welonu", częściowo wybrnął z tego zadania. W jego "Tracks", na podstawie wspomnień australijskiej podróżniczki Robyn Davidson, mimo wszystko łatwo się zaangażować. Pomagają zwłaszcza piękne zdjęcia Mandy Walker, przekonująca rola Mii Wasikowskiej, grającej typ postaci, które kino lubi najbardziej: silnej i wytrwałej, ale te cechy, świadczące o mocy charakteru, czerpiącej w gruncie rzeczy ze skrywanej słabości.
 
Ten film sięga też do tak często eksploatowanych ostatnio w kinie (choćby "Wszystko za życie: Seana Penna, "W drodze" Waltera Sallesa) fantazji o ucieczce od ludzi, od mechanicznych, nieprzynoszących satysfakcji codziennych obowiązków, w których sieci wpadamy wszyscy wchodząc w tzw. "dorosłość". 
 
Dwudziestokilkuletnia Robyn nie chce żyć w zgodzie z zasadami. Nie ma przyjaciół, nie mieszka z rodziną. Śpiwór rozkłada to tu, to tam, gdzie znajdzie dach nad głową. Jej marzenie o życiu bez więzi, w poczuciu całkowitej niezależności sięga jednak dalej, niż za miasto, do opuszczonych po pożarze ruin domu, gdzie spędza pierwszą część filmu. Skrupulatnie planuje wyprawę, w której przez kilka miesięcy będzie zdana wyłącznie na siebie… i fotografa National Geogpraphic, na którego obecność na kolejnych etapach podróży Davidson musi zgodzić się, żeby dostać od magazynu pieniądze niezbędne na zorganizowanie wyprawy. Co oczywiście staje się przyczynkiem do wprowadzenia romansowego wątku - z Adamem Driverem ("Girls") w roli mieszczucha usiłującego znaleźć drogę do oziębłego serca Robyn.
 
Wprowadzenie reportera, a w dalszej części filmu całego stada dziennikarskich hien czyhających na "camel lady" (panią z wielbłądami) wraz ze zbliżaniem się przez nią do celu świetnie oddaje też przełomowy dla tego typu wypraw moment, w którym ich relacjonowanie stało się ważniejsze niż samo doświadczanie, moment, w którym zdjęcie, które można sprzedać do gazety lub telewizji, zaczęło mieć większą wartość, niż to, co wnosi sama podróż.
 
Co wniosła jej podróż w życie Robyn? Z pokazaniem tego John Curran też ma tu pewien problem. Ale jeśli założyć, że w podróży najważniejszy jest nie cel, a sama droga, w tą z Mią Wasikowską można się wybrać bez obaw. 
[Karolina Pasternak, Wenecja]

 
POPRZEDNIE RELACJE Z WENECJI:

Recenzujemy "Grawitację": Ale kosmos!