Zoë Kravitz: nie mam planu B [wywiad]

Zoe Kravitz
Zoë Kravitz w filmie "Niezgodna"

Z Zoë Kravitz o wyrabianiu sobie grubej skóry, pracy w świecie zdominowanym przez mężczyzn i miłości do "G.I. Jane" (zupełnie niezrozumiałej dla autorki tego tekstu) rozmawia Marta Bałaga.

Zoë Kravitz jest bardzo drobna – tego niezaprzeczalnego faktu nie ukryją nawet spektakularne i chyba niezbyt wygodne obcasy. Niski wzrost zupełnie nie przeszkadza jej jednak w graniu bohaterek, których raczej nie chciałoby się spotkać po zmroku. "Wszystkie kobiety są silne – mocno w to wierzę. I to bez względu na to, czy jedna jest żołnierzem, a druga gospodynią domową" - mówi mi aktorka, gdy spotykamy się na festiwalu w Wenecji w miejscu, które z niejasnych przyczyn przypomina namiot należący do dość niechlujnego charakteryzatora. Biorąc pod uwagę to, że nawet leżące wszędzie buty nie są w stanie wyprowadzić jej z równowagi, nic dziwnego, że w opartej na popularnej trylogii Veronici Roth "Niezgodnej" zagrała członkinię frakcji Nieustraszonych. Gdyby dano jej taką możliwość, sama pewnie też z entuzjazmem wyskakiwałaby z rozpędzonych pociągów.

 

Choć po raz pierwszy trafiła na plan filmowy jeszcze w liceum - w komedii "Życie od kuchni" zagrała u boku samej Catherine Zety-Jones - wiele lat zajęło jej udowadnianie, że sukces zawdzięcza tylko sobie, a nie znanym rodzicom. "Taka sytuacja ma swoje plusy i minusy. Dość szybko znalazłam agenta, ale ludzie czasem wydawali się mówić: 'Zobaczmy, na co ją rzeczywiście stać.' Może to i dobrze – dzięki temu pracowałam jeszcze ciężej." Wszystko wskazuje na to, że jest na właściwej drodze; po serii niezależnych dramatów o zagubionych nastolatkach i roli w popularnym serialu "Californication" przyszedł czas na Hollywoodzkie superprodukcje; oprócz "Niezgodnej", Zoë trafiła też do gwiazdorskiej obsady "X-Men: Pierwsza klasa", a niedługo będzie można ją zobaczyć w czwartej odsłonie legendarnego cyklu George'a Millera o Mad Maxie. Tak, Zoë Kravitz lubi silne bohaterki. W końcu jej ojczymem jest sam Khal Drogo!

 

Zoë Kravitz - wywiad:

 

MB: Nie boisz się ról, które wymagają od Ciebie fizycznego wysiłku. W filmie "The Road Within" zagrałaś anorektyczkę, w "Niezgodnej" stałaś się wojowniczką. Podobno na planie "Mad Maxa: Na drodze gniewu" nabawiłaś się nawet obrażeń.

 

Zoë Kravitz: Nie mogę jeszcze o tym rozmawiać, ale powiem tak: Czasem nie zdajesz sobie sprawy z tego, jak coś naprawdę wygląda, aż tego nie zrobisz. Razem z Riley Keough, Abbey Lee, Courtney Eaton i Rosie Huntington-Whiteley gramy grupę błąkających się po pustyni kobiet. Czytając scenariusz po raz pierwszy od razu pomyślałam, że to naprawdę... intensywne. I trochę przerażające. Miałam rację! Lubię takie wyzwania, bo na tym właśnie polega rola sztuki – na przybliżaniu ci czegoś, o czym nie miałaś pojęcia i wywołaniu dyskusji. To dość zabawne, bo przygotowania do "Niezgodnej" też przypominały obóz militarny. To był obóz militarny! Szybko zdałam sobie sprawę z tego, że jestem nie w formie. Pod koniec czuliśmy się jak prawdziwi żołnierze, ale było to wyczerpujące doświadczenie.

 

Pewnie też bardzo przydatne – w "Good Kill" grasz w końcu lotnika wojskowego.

 

Vera Suarez to sumienie tego filmu – zadaje bardzo niewygodne pytania, których reszta boi się zadać. Wymaga to sporej odwagi. Vera nie jest stworzona do tego, żeby się zupełnie wyłączyć i traktować to, co robi, jako zło konieczne. Nie jest w stanie wyłączyć swoich emocji. Bardzo pomogło mi to, że udało mi się porozmawiać z mężczyznami, którzy przez to przeszli. Nie chciałam skupiać się na tym, że to kobieta służąca w armii, bo pewnie w co drugim biurze panuje podobna dynamika. A co dopiero w Hollywood. Dobrze wiem, co oznacza praca w świecie, którym w zdecydowanej większości rządzą mężczyźni. W tym przemyśle muszę walczyć o wiele rzeczy.

 

Dlatego, że jesteś kobietą?

 

Z różnych powodów – dlatego, że jestem kobietą, dlatego, że nie jestem biała. Przemysł filmowy to najprawdopodobniej jedno z ostatnich miejsc na świecie, gdzie ktoś wciąż może ci otwarcie powiedzieć, że nie chce cię w swoim filmie, bo nie podoba mu się twój wygląd. To dziwaczne, ale z drugiej strony walory estetyczne odgrywają tu dużą rolę. To praca, w której wystawiasz się na widok publiczny, a ludzie cię oceniają - na tym niestety polega. Wyobraź sobie, że idziesz do jakiegoś biura w sprawie pracy i słyszysz, że cię nie przyjmą, bo jesteś czarna. Niełatwo jest na co dzień wysłuchiwać takich rzeczy.


Sukces takich aktorek jak Halle Berry, Kerry Washington czy nawet Lupita Nyong'o tego nie zmienił?

 

Z pewnością jest kilka aktorek, którym udało się wyjść poza te ograniczenia, ale wciąż jest to bardzo trudne. Sam fakt, że jesteś w stanie wymienić tylko kilka nazwisk... Takie osoby można policzyć na placach jednej ręki. Wciąż się z tym zmagamy. Lista białych kobiet pracujących w przemyśle filmowym jest o wiele, wiele dłuższa – możesz mi wierzyć na słowo. To samo dotyczy ról dla kobiet. Kiedyś płakałam za każdym razem, gdy nie dostałam roli. Inwestujesz w to czas i energię i odrzucenie sprawia, że pęka ci serce. Zaczynasz myśleć, że to twoja wina, że to z tobą jest coś nie tak. Pierwszą rzeczą, jakiej musisz się nauczyć jest więc to, żeby wyrobić sobie grubą skórę. I to jak najszybciej. Inaczej nie przetrwasz w tym przemyśle ani sekundy. Nie możesz brać tego ciągłej krytyki do siebie. W przeciwnym razie zupełnie zwariujesz.

@page_break@

 

Zoe Kravitz
Zoë Kravitz w filmie "X-Men: Pierwsza klasa"
 

Wydaje się jednak, że pewne rzeczy wreszcie zaczynają się zmieniać. Autorką najciekawszych filmów o wojnie jest w końcu kobieta – Kathryn Bigelow.

 

Mam taką nadzieję! W Hollywood jakakolwiek kobieta-reżyser stanowi powód do radości. A kobieta robiąca "męskie" filmy jest chyba jeszcze bardziej ekscytującym fenomenem - jej filmy mają w sobie tyle energii. Nawet patrząc na fenomen "Igrzysk śmierci" i "Niezgodnej" można zauważyć, że ludzi przyciągają heroiczne bohaterki. Sposób, w jaki ludzie zareagowali na te książki i filmy jasno na to wskazuje. Kobiety grają w nich główne role. Nie przypada im tylko funkcja ozdobnika, rola matki albo dziewczyny głównego bohatera. Może dlatego lubię "G.I. Jane". [Widząc moją niewyraźną minę wybucha śmiechem] Spokojnie, tylko żartowałam!

 

Dorastałaś otoczona muzyką. Myślisz, że przekłada się to na to, co robisz?

 

Wiem, do czego zmierzasz (śmiech). Muszę się nad tym chwilę zastanowić. Może jeśli chodzi o dialogi jest mi czasem łatwiej – w końcu sama piszę teksty piosenek i zawsze łatwo przychodziło mi ich zapamiętywanie [Zoë jest liderką zespołu Lolawolf, założonego wraz z Jimmy'm Giannopoulosem i Jamesem Levy – przypis autorki]. Może jest w tym pewne podobieństwo, coś, co je łączy. Zaczęłam zajmować się muzyką w wieku 16 lat, więc wyczuwam pewien rytm w sposobie budowania scen, jestem w stanie wyczuć fałsz, gdy coś idzie nie do końca tak, jak powinno. To dość ciekawe – móc zauważyć, że jakaś scena nie idzie po myśli reżysera, bo zaburzony zostaje w niej rytm.

 

To chyba coś, co wyczuwa się raczej podświadomie.

 

Tak, nigdy wcześniej o tym tak nie myślałam, ale gdy się teraz nad tym zastanawiam ma to sens. Wcześniej chodziłam na zajęcia ruchowe, uczyłam się baletu i Techniki Alexandra, która jest bardzo fizyczna [technika ucząca swobodnej postawy i emisji głosu – przypis autorki]. To wszystko bardzo pomogło mi w aktorstwie.

 

Jakiś czas temu Meryl Streep powiedziała, że wciąż pracuje tylko dzięki temu, że jest wytrwała. Jesteś gotowa na to, żeby przetrwać w tym biznesie?

 

Myślę, że tak. Może dlatego, że tak naprawdę nigdy tego nie kwestionowałam. Nigdy nie poddawałam w wątpliwość tego, czy rzeczywiście jestem w stanie to robić. Po prostu... zaczęłam to robić (śmiech). Kocham tę pracę i znam tylko to. Aktorstwo, muzyka – mam to wszystko we krwi. Myślę, że moja pewność wynika właśnie z tego, że nigdy nawet nie przeszło mi przez myśl, że istnieje dla mnie jakaś alternatywa.

 

Nie masz więc żadnego planu B?

 

Nie mam planu B. Chcę robić to przez najbliższe 50 lat. Chyba oznacza to, że muszę popracować jeszcze nad moją wytrwałością.
 


[Rozmawiała Marta Bałaga]