"Zróbmy sobie wnuka". Rozmowa z Andrzejem Grabowskim

Jeśli chcielibyśmy doszukiwać się w filmie "Zróbmy sobie wnuka" drugiego dna, to na pewno można byłoby go uznać za moralitet, w którym rodzice sprowadzają swoje krnąbrne dzieci na dobrą drogę. Najnowsza komedia Piotra Wereśniaka wchodzi dzisiaj do kin.


Grzegorz Wojtowicz: Jak doszło do tego, że znalazł się pan na planie filmu "Zróbmy sobie wnuka"?

Andrzej Grabowski: Odbyło się to całkowicie zwyczajnie. Została złożona mi propozycja, przeczytałem scenariusz, a po jego lekturze przyjąłem rolę Koseli. Warto również dodać, abstrahując od wszystkiego, że głównych ról się po prostu nie odmawia.

Film "Zróbmy sobie wnuka" został zrealizowany na podstawie sztuki Marka Rębacza "Dwie morgi utrapienia". Czy przed rozpoczęciem zdjęć widział pan ten spektakl?

Spektaklu nie widziałem, nie czytałem też samej sztuki. Myślę, że dobrze się stało. Moją rolę w teatrze gra wybitna osobowość - Jan Kobuszewski. Mógłbym w związku z tym ulec wdziękowi jego kreacji.

W filmie Piotra Wereśniaka pojawia się pewna ilość efektów komputerowych. Ich zadanie polega głównie na tym by umiejscowić gospodarstwo granego przez pana Koseli w centrum miasta. Czy konieczność dorobienia owych efektów miała jakiś wpływ na waszą grę?

Efekty stanowiły jedynie tło i nie musieliśmy podczas gry zwracać na nie uwagi. Mieliśmy świadomość tych dodatków, ale nie miały one wpływu na nasza pracę. Nie musieliśmy wykonywać żadnych dodatkowych zadań.

Jak już ustaliliśmy Maniek Kolesa jest właścicielem kawałka ziemi w dobrym punkcie miasta. Prowadzi tam gospodarstwo rolne i za nic ziemi tej nie chce sprzedać, ustawiającym się w kolejce zagranicznym inwestorom. Tuż przed naszym wejściem do Unii Europejskiej taką postawę można byłoby uznać za niezbyt postępową.

Myślę, że nie należy tak interpretować jego postępowania. Kosela reprezentuje postawę jak najbardziej proeuropejską. To światły rolnik, który modernizuje swoje gospodarstwo, inwestuje w maszyny. Poza tym mając świadomość wstąpienia do Unii uczy się angielskiego. Kosela nie broni tej ziemi przed zagranicznymi inwestorami, on broni jej przed sprzedażą w ogóle, ponieważ chce zmusić swoje dzieci żeby się tą ziemią zajęły. Jego postępowanie nie ma absolutnie wymiaru antyeuropejskiego. Niestety nie możemy zdradzić puenty, a ona wyjaśnia całą intrygę Koseli.

Grany przez pana bohater chce zachęcić swoje dzieci by wróciły na rolę. One jednak nie specjalnie garną się do ziemi. Czy "Zróbmy sobie wnuka" ma również opowiadać o relacjach rodzice-dzieci?

Na pewno "Zróbmy sobie wnuka" nosi pewne znamiona moralitetu, w którym ojciec i matka sprowadzają swoje krnąbrne dzieci na dobrą drogę. Pamiętajmy jednak, że film Piotra Wereśniaka jest przede wszystkim komedią i nie powinniśmy się doszukiwać w nim jakichś nadzwyczaj głębokich treści, to nie jest dramat obyczajowy.

W trakcie realizacji "Zróbmy sobie wnuka" reżyser wspominał, że filmem tym chciałby powrócić do tradycji polskiej komedii spod znaku "Samych swoich". W trylogii Sylwestra Chęcińskiego polska rodzina rozpoczyna nowe życie po wojennej zawierusze. W "Zróbmy sobie wnuka" mamy do czynienia z nową rzeczywistością wolnorynkową.

Kiedy robi się film współczesny to pewnych komentarzy otaczającej nas rzeczywistości nie da się uniknąć. Jeśli chodzi o odwołania do filmów Sylwestra Chęcińskiego, to nie były one związane z fabułą jego dzieł, a raczej ze sposobem opowiadania i sposobem grania. Chcieliśmy aby "Zróbmy sobie wnuka" miało jak najmniej wspólnego ze współczesną komedią kojarzoną głownie z sitcomem. Chcieliśmy żeby nasz film był trochę cieplejszy, tak jakby nakręcił go Sylwester Chęciński przed ponad trzydziestu laty.

W filmie "Zróbmy sobie wnuka" odtwarza pan pierwszoplanową postać. Na pana barkach spoczywa zatem ogromna odpowiedzialność za sukces tego filmu. Czy podczas zdjęć pojawiły się jakieś sceny, które sprawiły panu szczególną trudność?

Zawsze szczególną trudność sprawiają mi pierwsze sceny z moim udziałem. Aktor już na samym początku określa całkowicie swoją postać. Tak jak się zagra pierwszego dnia, tak należy grać już do końca, inaczej nie da się utrzymać spójności postaci. To zawsze jest dla mnie szczególnie stresujące. W teatrze pod tym względem jest zupełnie inaczej. W każdym spektaklu można odrobinę odejść od pierwotnie wyznaczonego schematu.

Jak już wspominaliśmy scenariusz film "Zróbmy sobie wnuka" powstał na podstawie sztuki Marka Rębacza "Dwie morgi utrapienia". Autor pierwowzoru wycofał jednak swoje nazwisko z czołówki filmu, a na swojej stronie internetowej opublikował list w którym oskarża producentów filmu o to, że bez jego wiedzy dokonali zmian w tekście, których on nie może zaakceptować. Czy stanowisko Marka Rębacza miało jakikolwiek wpływ na pracę na planie?

W trakcie kręcenia filmu nie wiedziałem nic o decyzji Marka Rębacza. Dowiedziałem się o niej dopiero po zakończeniu zdjęć. Myślę, że dobrze się stało ponieważ taka wiedza postawiłaby mnie w niezręcznej sytuacji. Dzięki niewiedzy mogłem się skupić wyłącznie na grze.

Marek Rębacz na pewno nie ma do pana żalu, bo w przeciwnym razie nie zaproponowałby panu roli w swoim debiutanckim filmie "Atrakcyjny pozna panią...". Kogo pan tam zagrał i jak przebiegała praca na planie tego filmu?

Marek pełnił tam wszystkie możliwe funkcje. Ten film powstał za jego prywatne pieniądze. W związku z tym była to produkcja niskobudżetowa. Musze jednak przyznać, że ta oszczędność i skromność wyszła filmowi na dobre. Prostota w kadrze jest siłą tej komedii. Nie wiem jak film wyszedł po montażu, ale te fragmenty, które widziałem są bardzo obiecujące. W "Atrakcyjny pozna panią..." zagrałem przyjaciela głównego bohatera.

Teraz znajduje się pan na Mazurach na planie serialu "Stacyjka", ale za chwilę czeka pana wyjazd na Sycylię.

Tak. Kończymy zdjęcia do filmu Marcina Ziębińskiego "Dublerzy". Zostały mam jeszcze jakieś pojedyncze dni zdjęciowe w Polsce oraz cztery dni na Sycylii. We Włoszech powstaną początkowe sceny, w których główni bohaterowie wplątają się przypadkowo w brzemienną w skutki intrygę.


Grzegorz Wojtowicz